Pracowałem wtedy w restauracji typu fast food. Nic specjalnego. Długie zmiany, bolące stopy, zapach frytek przywierający do ubrań długo po powrocie do domu. To była praca, w której dni zlewały się w całość – numery zamówień, brzęczące timery, niecierpliwi klienci stukający palcami o ladę.
Pewnego wieczoru, tuż przed zamknięciem, wycierałem stoły, gdy zauważyłem coś siedzącego samotnie w kabinie.
Torebka.
Nie byle jaka torba.
Nawet z daleka wiedziałam, że jest droga. Czyste linie. Idealne przeszycia. Torba, którą widuje się w reklamach w magazynach, nie zapomniana obok na wpół pustych kubków po napojach. Louis Vuitton.
Moją pierwszą myślą nie było podekscytowanie. To była panika.
Ktoś ewidentnie go zostawił. Rozejrzałem się po restauracji. Para dojadająca frytki. Zmęczona matka zaganiająca dzieci w stronę drzwi. Nikt nie wbiegał z powrotem, nikt gorączkowo nie sprawdzał kieszeni.
Złapałam torbę i zaniosłam ją prosto na zaplecze, do szafki z rzeczami znalezionymi. Tak nas nauczono. Bez dramatów. Bez dotykania. Po prostu zarejestruj to i idź dalej.
Mimo to przez całą noc nie mogłem przestać o tym myśleć.
Kto zapomina o takiej torbie?
ciąg dalszy na następnej stronie
