Mijały dni. Potem tydzień. Za każdym razem, gdy pracowałam, spodziewałam się, że ktoś wpadnie do drzwi zdyszany i zapyta o zgubioną torbę. Ale to się nigdy nie zdarzyło.
Z dwóch tygodni zrobiły się trzy.
Minął miesiąc.
Pewnego spokojnego popołudnia mój kierownik wezwał mnie do biura. Odchylił się na krześle, skrzyżował ramiona i powiedział niemal nonszalancko:
„Hej, pamiętasz tę designerską torebkę, którą ktoś zostawił?”.
Skinąłem głową.
„Nikt się po to nie zgłosił” – powiedział. „Polityka firmy stanowi, że po 30 dniach jest twoje, jeśli tego chcesz”.
Zaśmiałem się, myśląc, że żartuje.
„Na serio” – powiedział. „Chcesz tego?”
Zawahałam się. Nie byłam osobą, która posiada luksusowe rzeczy. Moja garderoba składała się z dżinsów, bluz z kapturem i znoszonych trampek. Ale gdzieś w głębi duszy czułam, że może – tylko może – życie daje mi małą przerwę.
„Jasne” – powiedziałem w końcu.
Podał mi ją. Tę samą torbę, nietkniętą, wciąż elegancką, wciąż tajemniczą.
Po skończeniu zmiany zabrałam go do domu. Położyłam go na łóżku i po prostu patrzyłam na niego przez chwilę. Czułam się dziwnie, jakby nie pasował do mojego małego pokoju z meblami z second-handu i obtłuczonymi buteleczkami po lakierze do paznokci.
Powoli go rozpakowałem.
Spodziewałem się czegoś. Portfela. Kosmetyków. Ładowarki do telefonu. Może gotówki schowanej w bocznej kieszeni.
Ale nic nie było.
Żadnej szminki. Żadnych kluczy. Żadnych kart kredytowych.
Na dole znajduje się pojedyncza, złożona kartka papieru.
ciąg dalszy na następnej stronie
